czwartek, 27 kwietnia 2017


karmisz nas Panie gorzkim chlebem
prawdy


sumienie i chleb idą w ludziach parami,
to stanowi cechę człowieka
i decyduje o jego godności

Stwórca wciąż ma do mnie jakiś interes
nie pozwala spokojnie bujać w fotelu
czy doświadcza po to by sprawdzić czujność
ogołocić ze złudnych podszeptów świata
czy zedrzeć kolejną maskę
za którą łakome dziecko
spogląda bezradnie na opłatek księżyca

coraz bardziej
zapominamy o jednym i drugim
Szukamy Boga nie słysząc Jego głosu

- a On Jest tym który Jest.

środa, 26 kwietnia 2017


Nasyceni fotonami świateł
Które nocą zawsze zwodzą mosty
Dryfujemy z własnym dylematem
Skoro nie ma już rozwiązań prostych

Zadeszczeni piątą stroną świata
W zbroi cięższej niż właściwość mroku
Wciąż pytamy gdzie się podział zapał
Kiedy wiara już nie trzyma kroku

Tylko w oczach jeszcze tamta iskra
Ona nigdy nie zostaje w tyle
Bo pasuje jak do łódki przystań
Zatrzymując najpiękniejsze chwile
(Nn)


gubić problemy

zadryfiona własnym dylematem
uzbrojona w mrok wewnętrzny
popłynęłam w czwarty wymiar
tropić troski zadeszczone
dni czekały słońca

nie pytałam gdzie zapał
gdzie wiara dotrzymująca kroku
bezwiednie z nurtem
czasu nie goniłam - istniał
przy mnie obok i po przekątnej

zaskrzyło powietrze w oczach
słońce suszyło przystań
najpiękniejszych chwil
oczekiwanie




gołębie opuszczają gniazdo

na progu
kot z dwoma pełniami
błyszczy przesadnie
i gołębie szykują się
do opuszczenia gniazda

za progiem
świat otworem
obok - powietrze nie drga
kwitniemy przekwitając
dalecy od siebie
- bliżsi
ziemi rozpędzonej

coraz szybciej biegnie


czasu i gołębi nie przekupimy
starym chlebem
nie potrafimy też zatrzymać
siebie dla siebie





inna aura co godzina
za nos wodzi figle płata
ciepłem ranek rozpoczyna
by w południe dać kopniaka




rozumiem twój wieczny ból głowy
miasto ma to do siebie
nieustanny szept za uszami
jesteś tak jakby cię nie było

Najważniejszym związkiem, w którym kiedykolwiek będziesz, jest Twój związek z samą sobą.
Niezależnie od tego, czy w danej chwili ktoś jeszcze będzie u Twojego boku- właśnie,
tylko ze sobą będziesz przez calutkie życie.
Dlatego pozwól sobie być autentyczną w swoich dziwactwach i niedoskonałościach.
Bądź jedyna w swoim rodzaju- a będziesz absolutnie bezkonkurencyjna.

Dla mnie związek z kubkiem kawy :D
Prawda-li to? Moje panie?




http://zahoryzontemmysli.uchwycone-chwile.pl/…/comment-pa…/…


Beznadzieja – jeśli nie wiesz o co chodzi to wiedz…


serce Eryniom oddałeś
za życie przespane w półprawdzie



przywiodło mnie na te bezdroża
dookoła wody, lasy, pola, kilka domków
jeszcze niewygładzonych cywilizacją
chybotliwe i ciemne wiejskie zapatrywania
przelewają się i łamią falami
czasem okoniem stają rozpaczliwie zasysając
powietrze spierzchniętymi dłońmi
zawężają drogę do nikąd
zatapiają palce głęboko
w horyzont gęsty od piany
tyle z nich do dziś

dźwięk telefonu otwiera mi oczy
- pani koleżanka wykopała panią z pracy

wykrwawiam się jak chusta Weroniki
rozdzierana na strzępy z chciwości
i głupoty

… że chodzi tylko o pieniądze

wartości zmienne nietrwale
na ołtarz wyniosłe pychą
w przyjaźni z oślepłą Temidą
udają przyjaciół

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

tęsknota



Tamtego dnia byłam u kresu.
Usiadłam na wzgórzu w cieniu sędziwej lipy.
Patrzyłam na zachód słońca nad sędziwym dębem,
za kamiennym domem,
myślałam o samotności mieszkających tam ludzi,młodych a jednocześnie
starych, niby razem a osobno.
Chciałam ukryć wilgotność oczu,
jak pustelniczka uciekająca przed sobą.
Włóczęga szukający sensu istnienia.
Spoglądałam na chmury płynące jak życie, co przecieka przez palce.

Pochyliłam się nad fiołkami rozrastającymi się pod starą ławką.
Opanowały kawałek terytorium, poczuły wolność przestrzeni.
Swobodę,której mi brakowało.

Kontemplowałam szum trawy, jej wilgotność, każde źdźbło,
z własnymi liniami papilarnymi.
Chwytałam ostatnie promienie umierającego dnia,
tamtego dnia umierałam z nim,
tęskniąc.





pokaż mi
ogrody marzeń
i nas pośród kwiecia
mów
dłońmi na moich plecach
w południe pokaż mi cienie
jak biegną za nami
zielone przestrzenie
mów
oczy przymykam
tulę policzek do ziemi
słucham
cieni



niedziela, 23 kwietnia 2017

Rozmowa wcale nie liryczna




Widzisz
wróble radośnie piórka pieszczą dzieląc radość stadła
- mówię o wiośnie, maleńka, gdybyś nie odgadła.

Za oknem jaskółki odbudowują związki ze starymi gniazdami .
- To o ptaszku, kochanie, nie o tym co między nami .

Kocim? pazurem rozdarta marynarka przytępia ciszę.
- O czym prawisz kochanie? Wcale cię nie słyszę.

Buty znudzone brakiem ciepła stóp, pokasłują rytmicznie
- Nie ma co się ślimaczyć, odrzekł pan flegmatycznie.

Przyczesał siwą kępę chcąc wyczarować przystojnego szatyna
i pomaszerował pod okno strzelać w nową sąsiadkę
- oczyma

piątek, 21 kwietnia 2017

wygnani z raju


pogubiłam myśli wczorajsze

i cóż strony tłumaczeń
nie mają żadnych znaczeń
kiedy ty na odległym końcu
a ja z pasków nadzieję wiążę
*
kwitnąca weszłam w świat klepsydry
odwrotnie
posypały się ziarnka
w mojej głowie
pustka

powiadasz
wiek ma swoje prawa
prawda

pozwala poczuć
wygnanie z raju

środa, 19 kwietnia 2017

ALEKSANDROWI NA PIERWSZĄ ROCZNICĘ URODZIN




pragnę usłyszeć twój głosik
świergotu dzwonek srebrzysty
uścisnąć ciałko twe kruche
otrzymać buziak soczysty

jesteś daleko ode mnie
dalej niż ptaki na niebie
co pieśń o miłości spiewają
i mojej tęsknocie do ciebie

niedawno skończyłeś roczek
na nogach trzymasz się mocno
zrobiłeś swój pierwszy kroczek
w nową przyszłość- uroczo!

sprytny i zwinny jak sarna
dom cały radością napełniasz
a wieczorem po ciepłej kąpieli
ledwo na nóżkach się trzymasz

tęsknotę tkam z mgły muślinowej
kwiaty rozsiewam na grządki
czekam, przyjedziesz i swoje
zrobisz w ogrodzie porządki

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

marzenia przy nadziei


przyfruń do mojego ula
zapukaj w oczy zaglądając
w głąb ogrodów
ustami wysłuchaj
kwiatów
- z tobą gwiazdami zapiąć się niebiesko
pod samą brodę uniesieniem ramion
od progu pogonić ciszę
pszczelim brzękiem
zamącić toń
wyskub płatki zmartwieniom
i rzuć na cztery łapy
jak kot spadam z marzeń
ciągle przy nadziei




wiedzą o nas psy w ciasnej ulicy



pisać
choćby o tym że wiosna się na nas wypięła

jak nigdy dokuczliwa w tym roku
oddechy płyną mgliście
w stronę sadzawki
a niech płyną

zobacz
księżyc i gwiazdy rozjarzone
jak nasze wnętrza
wiedzą o nas to czego sami
nie umiemy wyrazić

chciałam powiedzieć
że nie musisz mnie uskrzydlać
sama dokonam wyboru

narodzi się nowa zieleń
po raz kolejny
tym razem bez Marsa
i będzie równowaga

lampy nie muszą nas oświecać
w zmroku naszej jesieni

staram się nie pamiętać
gdzie zgubiłam wątek



pokaż mi

ogrody z marzeń
i nas pośród kwiecia
mów
dłońmi na moich plecach
w południe pokaż mi cienie
jak biegną za nami
w zielone przestrzenie
mów.
oczy przymykam.
tulę policzek do ziemi
słucham
cieni.

czwartek, 13 kwietnia 2017

zielono, wiosennie


Gdy zaczniesz już naprawdę iść do celu,
będziesz podążał w kierunku,
który teraz nawet nie przeszedłby Ci przez myśl.


Z powrotem do siebie
droga prowadzi przez
witraże w seledynach
w przebłyskach promieni
na skrzydłach ważki
falującej nad trzciną
*
z bukietu zieleni
oddzielisz błękit od skrzydeł
a skrzydła od fali

skurczem twarzy
zmierzysz spiętość rąk
wyciągniesz w krańce rozsądku
aż staniesz się nie ważką




moment czasu w czasie
w stronę słońca
droga prowadzi przez
nadzieje nawinięte na kołowrotek wieczności

jak mgła ziemię ,skrywam w dłoniach oddech
targany wiatrem w czas burzy,
gdybym mogła, jak ptak patrzeć w słońce,
bez obaw ogrzać rozmokłe pióra
tęsknotą, która łączy dwoje szukających
wspólnego języka

a tak siedzę nad czystą kartką ,
nigdy nie wiem, co wyjdzie,
koniec dnia, albo zakończenie sezonu,
gdy wszystko zastyga, nawet czas staje ,wtedy
czujesz najmocniej zapach skoszonej trawy
o zmierzchu,

bo wiesz siano nie dla mnie
mam już swoje lata

nad Drawą




Pszczoła wciąż kwiat na kwiat zamienia
To mniszek, to kwiat koniczyny.
Kwiat więdnie jak nasze pragnienia.
czy tylko los jest temu winny?

Pękate od zieleni wzgórza
porosłe samoistnym lasem,
w południe żar w rzece zanurzą,
i ciebie schłodzą, czasem

wsłuchują się w kościelne dzwony,
które wołają na roraty,
pola bezpańsko zostawione,
modlą się o snopy nie kwiaty.

Pastwiska choć pełne są rosy.
Wzgórza przepasane weselem.*
Łąki nie stroją się dziś trzodami,
choć szmaragdowa na nich zieleń.

PS.65




niedziela, 9 kwietnia 2017

wyspa szczęśliwości



- ja jestem do wymarcia
i do wyginięcia jestem bo moja populacja liczy
mnie + przychówek
* Plezantrop


A im mniej mnie tym więcej ciebie

Hej, ty tam ,czytający zeznania zezowatych,
cicho bądź, wszak masz tak samo
przesrane na pograniczu tego i owego
a najbardziej tegotam braku -
płetw do falowania na kruchym grzbiecie Kanta,
szarej egzystencji podołać nie potrafisz
uczciwie
przez ucho igielne
na łebki od szpilek
popatrzeć
wydaje ci się, że wiesz
nokautując między karcz pniaków
a slogany współczesnej "intelidencji "
obeznanej z rodzimą destrukcją
i buraczanym Poważaniem Obywateli
Popiskujących w dżungli
na lianach znaczeń wiszą wszystkie moje
i nie moje

pnączy wybujałych ponad czasowość
nikt nie pokona
własną głupotę zapisałam ci w testamencie
nic tu po mnie

Zielono mi udaje damę w kapeluszu






farbowany lis
kłębek srebrnych nici tak naprawdę
nie umie odnaleźć drogi w lesie
zbyt ciemno
pod nogami mchowa rzeczywistość
przekracza wyobrażenie o tym
co na pewno nie należy do świata lipy
noski i kulki bez pancerza
zielony świerszcz
śpiew i szemranie
tych co nie potrafią żyć w zgodzie
z naturą naturalnie
najlepiej wychodzi się przez okno
w stronę gór
z kamieniem w ręku
alternatywa
schodzić albo rzucać
a może opcja trzecia
zzielenieć, zazielenić ?

bo nigdy nie wie co z tego wyniknie



oparta o ścianę z punktem ciężkości na piętach
gotowa w każdej chwili do pozycji na baczność
na przeciw hologram prostych, ludzkich pragnień
wiruje w przestrzeni zbyt wysokiego napięcia

nie wyciąga ręki by nie spłoszyć sygnałów
więzionych w zielonych jabłkach
bez odbioru

a może jednak




Radziowi naszemu psinie zaginął nie wiadomo gdzie

natrętne myśli zajmują wciąż to samo miejsce
tyle butów mi pożarłeś, tyle pcheł z ciebie wybrałam
a teraz co? nie ma cię
rzeczywistość urasta do rangi smutku
nie wiadomo po co myśli
co wieczór nie dają spokoju

nadzieja na wyjście z szeregu
zaginęła razem z tobą

zostałam bez przewodnika,
kto będzie mnie bronił podczas spaceru
do kogo będę się żalić, że iść nie mam siły
nie ma ciebie i nie wiem gdzie jesteś
psino moja psotna

ona

za nami pokryte śniegiem zbocze
woda spada z hukiem myślę że dobrze
wyszłam na ludzi
stojąc po obu stronach
rozciągałam uśmiech rzeki
kończąc
uchem przy słuchawce
gotowa słuchać oddechu
w jedną stronę
jak wierzba pochylona
zorganizowałam sobie czas

a ty

szukasz pętelki od zgubionego guzika
wśród martwoty blokowisk
pokonujesz swoisty maraton wyboistości
a mnie ciągnie na łono
z natury tak mam

on

- ty jak zwykle znów dziecinniejesz
mówisz- więc przekornie będę dorosła
z kory akacji zrobię łódeczkę
fala marzeń będzie mnie niosła
z liścia dębu postawię żagle
mocny wiatr w nie dmuchnie wesoło
poniesie mnie za wodne kręgi
nie potrzebne będzie mi wiosło
czas utonie w morzu na teraz
trwałe nasze się nie oddali
jeśli czas wypłynie na wodę
nie dam nigdy zakryć się fali
będzie mnie niosła w marzenia

dorośnij w końcu, kobieto!

sobota, 8 kwietnia 2017

Gniazdko o poranku




dziecko to uwidoczniona miłość- Novalis

świt przegląda się odbity
światłem moich myśli
naciąga sukienkę

dzień wpadł wesoło
przecierając wczorajszy makijaż
kosmetyk przeciwzmartwieniowy

cisza przeciągnęła się kocio
leniwym grzbietem ciepłego mleka
nie wiem skąd zapach

pobiegłam za promykiem
utulić Twój sen delikatnie
by nie spłoszyć

wyfrunąłeś ptaszku
za morza za rzeki. odnajdę Cię
w moich wierszach


kochanie —

( przygoda w Scarborough)


pozytywna zmiana azymutu


w poszukiwaniu włoskich ogrodów


Sami jesteśmy dowodami
na istnienie zdarzeń niemożliwych.
Czy wiemy o tym?
idzie za mną chłodzi szeleści
trzeszczą rozdeptywane kwiaty buczyny
miazga ziaren nie nadaje się na ząb nawet dla wiewiórki
drzewa ogołocone ze złudzeń przepowiadają
- zima będzie głodna

pokrętnymi schodami ciągle w górę w nieznane
głupota czy chęć przygody wyzwala adrenalinę
po drugiej stronie rzeki
pod mostem krzyki znajome i swojskie
gęsi rzucają się wpław w moim kierunku
niestety nie mam czym dzielić

kwiaty postrzępione nie same z siebie
nie nadają się na żer
niebezpiecznie droga się zwęża
i kończy przepaścią

nagle błysk i furkot tysiąca niebieskich skrzydeł
jestem po drugiej stronie gołębich widoków
bez okruchów na dziś

i co dalej

wtorek, 4 kwietnia 2017


z rzeczy niedorzecznych albo nie do rzeczy
wybrałam makówkę
dlaczego?

bo chciałam zasiać ciszę dookoła i w sobie
wyciszyć ból zarazić radością
ostatnio nie grzeszę

aż dziwnym się wydaje że bez napastliwej prawdy
zatrudniłam ręce do umywania rąk
wszak nie od parady głowę noszę

się z zamiarem wymiany perspektywy życiowej
na perspektywę malarską
do pionu ustawię drabinę
pod zbuntowane drzewa

i tym sposobem wydalę z siebie myśli
słowa na zbędną przeraźliwie odległą
odległość stopy od głowy

mogę już swobodnie pod drabiną
-nie bojąc się zapętlenia w pętlę czasu-
przejść w ciszę
a co z tą makówką?

Od wczoraj

parzę pustkę w nieczystym kubku
formują się fusy myślowe
nasycone na większy głód
szczerego uśmiechu skrzydlatego klonu

co bedę z tego miała
nie pytaj
coraz mniej odpowiedzi w oddechu
wiatru za szybą nie zamienię
na cichy kąt twojego przyczajenia
w ogrodzie marzeń
posadziłam cebulki koloru
wyrośnie z nich tęcza
i napełni kubek spojrzeniem
prosto w oczy przyszłej wiosny

cieszysz się?

sobota, 1 kwietnia 2017

takie moje zmartwienie


Okładam zieloną herbatą bolące oczy .
Mgiełka otacza mnie aureolą spokoju.
Ile czasu potrzeba by ozdrowiały
niemrawe poranki czkające czarną
albo z mlekiem nie mogę się zdecydować
–wrzody, udar czy kamienie .

Konsekwentnie pracuję nad rozrostem
zielona łąka bardziej potrzebna
niż moje 'alboalbobanie'
w nicnie znaczących wersach

nie stawiam priorytetowo talerza z zupą
albo markowych butów
skrzeczącej papugi nad orła
łamiącego skrzydła w przyciasnej klatce.

Nie do mnie należy jego wybawienie
lecz ja nadstawiam policzek
z blizną wczorajszej niezgody,
której nie łaskoczą już obiecanki.

Tylko nad ranem
dziwi mnie jezioro łabędzie
na mojej poduszce.



Dzień już trochę mniej mglisty,
słońce powoli spija jej mleko.
Ździebełka trawy już się zielenią,
na brudnej bieli drozd
odkrył pierwszego zwiastuna.

Niebo nie darzy jeszcze ciepłem,
za którym tęsknimy w nieprzespanych nocach
niby na jawie jeszcze w półśnie
zielenimy radość spisaną w wierszach.

Tak bardzo chcemy
zaiskrzyć do miłości,
gotowi na wszystko
przydarzyć się może
jutro
wkrótce.
Lecz już dziś
przytul mnie słowem.
pogłaszcz jak głaszcze się kota.



kiedy dzień budzi oczy
nie zadaję pytań
co jest za kolejnymi drzwiami

chwytam chwile

nastrojone na radość
i nie płaczę za jaskółkami

zawsze wracają





czasami



palisz w kominku zapach
to magia sosnowego lasu
niesie kadzidło

staję pośród – jak Westa
składam ręce

a czasem rozkładam
wykrzesane słowa


iskry w oczach


czwartek, 30 marca 2017

hotel pod gwiazdami...




- Pokaż mi takie miejsce, gdzie sen nie jest snem, a życie jest jak sen.

w wielkich miastach nie ma mostów
odpowiednich dla psa z kulawą nogą
z wyboru lub pierwszego kontaktu
do ostatniego balastu

z prawdą której nie stać
na słowa mówione w oczy
prosto z mostu
tutaj nigdy nie było

w wielkich miastach są mosty
które dzielą biednych i bogatych
łączą żałosnych w supermarketach
kupiono- sprzedano do ostatniego wina
zawsze leży po stronie najmniej winnych

pod mostem tylko szkło nie ulega rozkładowi

most nadziei i miłości- do Kosowa






stoję pełna obaw
chociaż słońce świeci,
gonię chwile
spędzone razem z synem

ciężar serce przygniata
bo leci na koniec świata
na misje pokojowe do Kosowa
daj Boże niech doleci szczęśliwie
a potem powróci zdrowo



najlepiej myślę,przy myciu...


najlepiej myślę przy myciu naczyń
hektolitry rozcieńczają
wyobrażenie o szukaniu nas

siebie szukać nie muszę
tylko czasami gdzieś gubię
buty
zaczepione o wskazówki
długim jęzorem donoszą
na szaleństwa zegara
nie pytam która godzina
gdy znów zaczynam żyć
boso
w zapachu modrzewiowych kadzideł
uparcie zrzucających igły- nie igły
przed chłodem
myli się ten kto myśli -

że moje serce naszpikowane nimi

Panwkratke wpadł w oko...





- cholera, znowu leje-
Pokryta ciężkim szkłem kopuła Oka
nie przepuszczała kropli, ale co tam
żeby wyrównać cenę można ponarzekać
- za darmo-szkę.

Świat jest jednak po niebieskiej stronie
widokiem zafascynowani stanęli w miejscu
w kulminacyjnym punkcie Oka.
W dole Tamiza o wylizanych brzegach
szczerzyła się maleńkimi stateczkami.
Wielki Ben groźnie rozpoławiał
chmurzaste zwyczaje parlamentu.

A Oko londyńskim zwyczajem taktownie
do niewygodnych sobie gości, stało
widokami w dół, czekając na popołudniową herbatkę,
zamarły wrażenia na czubkach głów.
Panwkratkę na zimno podjął akcję
krawatową.

Wykręciwszy się po polsku z krawTalinami
szarpnął drzwi i spuścił się w błoto,
potem schodami przed siebie nie bacząc na stamiziałe buty.
I stali się sobie równi on i rzeka
- S prawiedliwość jest moja - powiedział zdegustowany – Kiedy stanęło,
niech stoi sobie

krzyk Munka w izolacji


codziennie stąpa po mozaice kamiennej
rzeczywistości wyłożonej w kuchni niedosytem uczuć
grubą podeszwą izolując się od zimnych aluzji
co dobre minęło wraz z nastaniem zimy
ciepły płaszcz nauszniki i muzyka z empetrójki
ratują przed zgnilizną

po kątach pająki myśli
wyżebranych dla żabiego króla
snują sieci ze słabych ogniw
a niech sobie myśli skoro wskazówki
za późno wprowadziła w życie

nie dostała księcia na białym rumaku
zamiast tego na oślinie
z głupim jasiem po bretońsku
zgotowała zimne okłady

wdycha wczorajszy kurz
jej świat budowany na szklanych przęsłach
rozpadł się jednym milczeniem
głośniejszym od krzyku Munka





Wstęp do historii filozofi
i

Moją akme
odmierzyłem korkociągiem
kręcąc, aż do zawrotu głowy
i kłucia w nadgarstku
z przednim winem płynął byle jaki sen
jednak
życie jest cierpieniem
księżyc - blady dym
szary popiół switu
wreszcie wschód brudny

czerwień Rioja na dnie szklanki
To Demokryt miał rację:
Świat tworzą atomy korków
i próżnia butelek

zasiałam dzieciństwo


skopałam ogród
i zasiałam dzieciństwo
patrzę jak wschodzi
jak radośnie kroczy ścieżką

czekam aż zanurzy się
w zapach dłoni
ukołyszę wieczorem
wysłucham słów najmilszych


po latach
przeżuwając powoli chleb
odszukam w pamięci dziecko
w różowym ubranku

moje szczęście pachnie wiosną




środa, 29 marca 2017

recepty na życie






Tworzę własną receptę na dobre życie i własne szczęście. Uczę bezustannie siebie i tych, którzy tego potrzebują,a których miałam szczęście poznać i spotkać,radości życia i doceniania każdej chwili, każdego danego nam dobra. Przekazuje im moją umiejętność cieszenia się ulotnymi chwilami, maleńkimi radościami i drobniutkimi prezentami od życia, losu i ludzi, a nade wszystko doceniania tego, że wciąż żyjemy. Mówię im to, w co sama wierzę całym sercem...że nieważne ile jeszcze będziemy żyć, ale ważne... JAK

motto na dzisiaj :
Nie łam się przeciwnościami losu, niosą ze sobą lekcje, której nikt Ci nie odbierze.




Nie rezygnuj nigdy z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.




Jeśli doprowadzisz do porządku własne wnętrze,
to, co na zewnątrz samo ułoży się we właściwy sposób.
Eckhart Tolle

Sami kreujemy swój świat. To, co wewnątrz nas, to na zewnątrz nas.
Jeśli poszukujemy Prawdy, szczerze, mocno, to prędzej czy później, znajdziemy w życiu złotą nić prowadzącą do niej.






chciałam dzień zbudzić przed świtem
gdyż księżyc niecnota
grubym brzuchem rozpychał szczeliny
z mojego łóżka
wypłoszył wszystkie nocne marki
obdarta z ciepłego snu
z rozwichrzonym natchnieniem
jak wiatr szukający przygód
zaszeleściłam ołówkiem lirycznie

obudziłam się w bieli







i kolejna pora roku trąca mnie w ramię


Zanurzam dłonie w kopiec liści.
Stopy opijają się kropelkami dżdżu.
Od rana pachnie nasączona ziemia.

Liście pod uderzeniem kropel,
tworzą symfonię w empiriach półsennych.

Słucham.
Przelatujący klangor trąca kolejną datę.
Myśl ją rozbiera nieskończoną treścią.
Pulsuje rdzawo w porudziałych skroniach.
Pożegnania nie są moją domeną,
mokną policzki.
Rozpadało się na dobre.


Tylko cisza nie dzwoni.


tak było 30 marca 2012 roku




nie ma rzeczy lekkich i ciężkich


spójrz
za oknem stara ławka puszcza na wolność
zielone listki sztucznych kwiatów
w butelce po żywcu straszą kąt za szafą
najlepsze miejsce dla pająków
łapią w sieć naiwne muchy
poczuły świergot ptasi

umieścił się w sercu w głowie zazieleniły się myśli
w całej okolicy
życie nie mieści się już w garści
nastąpił czas odrodzenia prostych dróg
do niebieskich pantofelków

zejdź w głąb siebie i rozsiej
to co w tobie najlichsze i najstraszniejsze
twój ciężar
niech wzejdzie i stanie się zielenią

bo widzisz
to co lekkie niczego od ciebie nie chce
a ciężkie samo się garnie jak kamień do kamienia

pracuj nad tym co ciężkie
udźwigniesz
udźwigniesz, masz to w genach





dzień z książką

W okno wsącza się deszczowy poranek
Przyciemnia szyby w czystych oknach.
słońce daleko gdzieś ponad chmurami
Za oknem drzewa, kwiaty mokną.

My ludzie zimy w błękitnym pokoju.
Spokojni z siateczką na twarzy.
Wierzymy, nic złego nie może nas spotkać.
W czterech ścianach dane nam marzyć.

O światłach na niebie odległym a bliskim,
o dzieciach, co wyfrunęły w świat.
W smutkach, kłopotach i radościach wszystkich
na krótkim sznurku trzymamy czas .

Któż się minionymi przejmuje latami.
Że serce,że stawy nieczynne.
I święta tak szybko już też są za drzwiami .
Za nami radość spotkań rodzinnych.

Łatwiej złapać srokę za ogon




niż robić zdjęcia drugiej stronie tęczy
obejmującej nasze gorące głowy
ani liściom opadającym na taftową suknię
wieczoru
nie wkładaliśmy do dzbana bukietów
splecionych rąk

deszcz tylko od zawsze tak samo
plącze dłonie zasupłane węzłem
koczowniczego trybu

twarz osnuta misterną siecią
skraca czas pamięci
co więdnie w ciszy
pełniejszej niż rana

a ja
nadal szukam dzbana
ciągle nie po tej stronie tęczy





Ten jest naszym dopełnieniem, kto nie tylko zaakceptuje nas takimi, jacy jesteśmy - ale też odkryje przed nami tę część naszego Istnienia, której sami nie mieliśmy odwagi zbudzić..

we śnie


godzinami układamy się do snu
by wygniecione poprzednio granice
straciły ważność
teraz gdy myśli poukładane
leżą w zziębniętym nastroju
i cisza jakby pękała
od natłoku nieustającego ciepła
drżącą dłonią
wśród bezkresnych przyszłości
zmierzam ku tobie
pełna rumieńców
na ustach




chciałam dzień zbudzić przed świtem
gdyż księżyc niecnota
grubym brzuchem rozpychał szczeliny
z mojego łóżka
wypłoszył wszystkie nocne marki
odarta z ciepłego snu
z rozwichrzonym natchnieniem
jak wiatr szukający przygód
zaszeleściłam ołówkiem lirycznie

obudziłam się w bieli

środa, 22 marca 2017

w poszukiwaniu wiosny







Wiosna za pasem .Śniegi pod lasem.
Błocisko noc moczy w kałużach.
Słonko zagląda wiośnie do dzbana.
I żuraw dzionek przedłuża.

Już klekot się niesie ponad polami.
Poranek sen z oczu nam zrzuca.
I bocian krąży nad chałupami.
Dzieci kominem podrzuca.

na wierzbach rozpasane koty
pną się za słońcem do nieba



w obłokach niedosyt żółci
ziemia rozkłada się
w błocku


zapługują się chłopy orne
poletka staną w oziminie
ruszą gawrony spod budki za rogiem
obudzą naturę tura czy żubra
wreszcie zima ustąpi
zalana ciepłym wylotem dróg
popiwnych kap, kap, sik, sik
rozpada się kapuśniaczek na łepki
przebiśniegów żółtych ranników
rozmarcują się koty
krety podgryzać będą nogi żyrafy
długie szyje utopią w chmurach

i wreszcie minie czkawka
przedwiośniu


staje się niemożliwym
że bociany odbudują gniazda
wpadną jaskółki z nowinami
i gołąb zagnieździ się lipnie

tymczasem
toniemy w pomarszczonych kałużach
bluzgając błotem w szarej monotonni

a ona dostaje już czkawki
od ciągłej gadki bab zielonych
w kolejce po namiętność pąków



wio- wiosno z Londynu do Polski
w leciutkich dotykach wchodzę cała w krystaliczną woń -
pachnie kwieciem obcojęzycznie
a jednak tak samo
w trawach fontanny różnokrokusów
hiacyntowa perfumeria w parku
wiatr stroszy krzewy z zaangażowaniem
zbieram czerwone kulki jakiejś rośliny
pełno ich tu
wszelkiego rodzaju puchów piórek
rozumiemy się doskonale w przelocie
między jednym kęsem a kwileniem
jasnej ptaszyny w wózku
wyciąga ręce do strzępiastych promieni
żonkile łaskoczą noworodka wiosny
cierpliwie na gałęzi godują sikorki
znajomo pogwizduje kos
nie muszę szukać tłumacza
wszystko rozumiem
przyszła wiosna
'ofkors'



z kotami na wierzbie\\



kiedy się w sobie poukładałam
na wierzbie koty rozmarcowały słońce
skryło twarz w rannikach
krokusy ku ziemi błotnistej
pochyliły
zakropione pszczołami kielichy


w sadzawce żurawie pogubiły pięty
gęsi dzioby a łabędzie szyje
ja nie biorę do ręki igły
godziny certowały się z miejscem pobytu
na wiosennym zegarze
wybiła godzina do przodu
bez poczucia winy
dałam się uwieść
kwietniowi
a on puszcza się
latawcem





wiosenne rozpamiętywania
kra wsiąka spisana na straty
już od początku tworzenia
wplątujemy nowe zawiązki
w stare puzzle
pokrętnych korytarzy
coraz więcej
twórców nowych scenariuszy
i odtwórców kolejnych wiosen
próbują włożyć rozpamiętywanie
starego w gwiezdne wrota
uszczęśliwiając nas na siłę
nie przestaną
póki brakuje kawałka


wiosenne rozdrażnienie



każdego roku punktualnie
a czasem z opóźnieniem
zielenieją spojrzenia przechodniów
wieszają się wspomnieniem na lata ubiegłe
coraz mniej czasu
tyle minęło
tradycji
cała prawda mieszka w cudzym
nie moim planie awaryjnym
oswajam chwile
przykładam ucho
jak szalona rośnie
trawa


wiosennie

Wiosna nadchodzi i moja stara trawa
zaczyna tańczyć w rytm pożądania.

Noc już nie trzeszczy w stawach,
rozmywa stan skupienia w oczach. Kolory
spadną na ziemię pełną kontrastów.
Tęcza przejmie kontrolę jasności.

Na próbę ognia.

Cztery akty z życia i dysharmonia w lustrze
mężczyzna z zimowym krajobrazem
spłukuje resztki bieli. Nie lubi szorstkiego
materiału skóry, ciała.

Pierwsze wiosenne stany posiadania
za nią.


z inspiracji Picassem






nie jestem Pablem
w ogóle nie jestem malarzem
ale lubię słowami
malować niebieskie obrazy
z domieszką różu
nieba o zachodzie
rozciągam farbę na płótno ziemi
wody mój ogród i dom
potem dodaję żółci i mam
dwa końce płótna rozkwitłe
nadzieją
niebo na ziemi
ziemia na drzewie
rozśpiewana sikorkami
słyszysz bocian też klekocze
i słońce nabłyszcza mewy
klangor żurawi na pomarańczowej łące
w porę odleciał z obrazu Picassa
to nie w jego stylu



obraz - Pablo Picasso



na połamanym morzu do góry nogami stołek
wybija dziury w niebie
dalekie zimne i nieosiągalne
jak życie oglądane przy zamkniętych oczach

wizualna wieczność arcydzieło znane
nie tylko Alicji królowej luster
konieczne do przejścia na drugą stronę

wdycham meandrycznie
poddając się pieszczotom marzeń
wzbierają jak fale gmatwaniny przeróżnych
rostów wodo i życio
biorę do ręki ster a on ciągle
staje
do góry brzuchem pod fale
widzę to w lustrze
i kto mówi, że życie jest nie piękne


np.obrazu
P.Picasso- kobieta przeglądająca się w lustrze.

wielkanocnie i szpitalnie



idą, idą, święta

kiedy zima połamie kły
na krokusie pszczoła miodna
rozpyli żółć
słońce rozbroi granat nieba
barabanki się zakocą w koszach
a kotki na wierszbach oznajmią
że już czas
i bociany klekotem oznajmią

- pora rozkroić babę
WielkaNocną






«Ja odchodzę, a wy będziecie Mnie szukać i w grzechu swoim pomrzecie. Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie»
wg św. Jana 8,21-30.


drogą pośród płaczących wierzb
pośród łąk przybranych mleczem
po kamieniach cierniach
oziębiany ostrym wiatrem
noga za nogą idzie Ktoś

z kosturem w dziurawej dłoni
znaczy ślad kroplami krwi
i nie mów mi że nie wiesz kto On
że nie dostrzegasz
szkarłatnego płaszcza naszych przewinień

niewidoczny dla tych co chcą zniweczyć
wiarę w Zmartwychwstanie

a On wyciąga ku niebu dłonie
przestawia gwiazdy naszych zwątpień



CZY wystarczy stanąć krzyżem na tle rozłożyć ręce prosząc o łaskę
Trzymając w dłoni zapędy słów
by nie wymknęły się nieproszone
Niecenzurowane
By poczuć spokój i odprężenie

Czy wystarczy zamknąć w dłoni strach
By nie wyleciał jaskolką a powrócił wroną
Czy wystarczy bukiet wiosennych nadziei
by uskrzydlić marzenia

wystarczy

wiara
silna i niezłomna


Tak myślę



Bóg w mojej głowie zostawił słowa i nadzieje.
Słowa zamienił w skalpel i położył na ołtarz ofiarny.
Przywiódł sprawców i mówi do nich
Weźcie go i otwórzcie jej wnętrze,
znajdźcie krzyż i prostujcie jego ścieżki.

Bóg w mojej głowie strach
zamienił w jaskółkę.
Wyleciała w przestworza z radosną nowiną.
Słuchajcie o czym szczebiocze.


Teraz ja rzucam wyzwanie cieniom
moich myśli



Nie będę brała urlopu
Od siebie .
Zadbam tylko o to by wyjść
Bez szwanku na ulicę własnych domniemywań.
Kto inny zadba o moje ciało .
Proszę jedynie Boga żeby zrobił to
z sercem i kompetentnie.
Bym mogła radośnie w deszczu
Płoszyć gołębie.
Gdybym tylko mogła zamknąć strach
bez dostępu do mojego serca.
Zamykam pod powiekami jedynie
gwiazdy moich myśli nieskończoność.


A póki co kicham na wszystko.
Ferwex nie działa.

w zapomnieniu


Wystarczy zwrócić uwagę na człowieka,
by stał się na swój sposób piękny.*



nigdy nie umiała palić mostów
pozostawiona furtka
rdzewieje jednak z braku
wspomnienia
wracają wśród snów
nie mających zakończenia
czasem spisuje myśli
nie ma w nich nagości
jest oślepiający obraz
w spalonej ramie
dni przesuwają się z trudem
jak wyszczerbiona furtka
rzuci ją w ogień
czy uleczy duszę
w zapomnieniu


*Louise Hay


Wywiad na wyłączność. ugory marzeń


Wiem wiem
powinnam prostować stare naleciałości
deficyty umysłowe pamięci
tworzą dziury budżetowe
robią z mózgu bigos
przedświąteczny.

Nie lubię takiej sytuacji,tym bardziej o niej pisać .
Myślę jednak, że myślenie na nic się nie zda,
trzeba wziąć w garść tego wróbla
i wycisnąć
gównie bezmyślne narzekania
na sytuację wytworzoną przez ogół
przypadków. pana Doświadczyńskiego
zaczynamy leczyć, lecz błędna diagnoza
wraca jak bumerang i uderza w to samo
miejsce niezrównoważenia
zakłóca równowagę yang
wypadło z obiegu niczym złotówka,
krąży bez pokrycia, a wszystko inne ją osacza
i przewyższa, aż staje się maleńka
skurczona staruszka,
żebraczka, co to nie dla siebie
a dla wszystkich innych wyzyskiwaczy,
ja też biorę
się za ćwiczenia.
Albo i nie.
Skończył się poligonu czas
pomedytować, poleżeć odłogiem niedługo
święta.

Żarełko i takie tam
podżeranie siebie nawzajem.



ugory marzeń

nie potrafię objąć myśli
o przenikaniu kropli wody
kiedy pragnienie dusi
wypływają na powierzchnię
nierealności

i co ma do rzeczy
wpływ słońca na psychikę
kiedy
w mroźnym powietrzu
włos się jeży

weź mnie za rękę
pójdziemy z nadzieją
ugory marzeń
obsiać ziarnem

bez drugiego człowieka życie jest puste


Miłość jest fontanną, z której możemy wypić tylko tyle, ile do niej wlejemy,
a gwiazdy które się w niej odbijają, to tylko nasze oczy, które do niej zaglądają.


biegniesz przez mgłę na łąki szerokie
nie ma w tobie ni światła ni cienia
tylko pustka kwiląca o zmroku
płochliwe ptaki do gniazd zagania

liść skręcony na gałęzi drzewa
chwieje się ciężko zmoczony deszczem
ile sił w tobie jest z tego liścia
zastanawiasz się marznąc na wietrze

biegniesz przez pola między tarniny
i nie ma w tobie ni słońca ni gwiazd
miłość dla ciebie zamknięty temat
jak znicz mogilny co dawno zgasł

powiedz kim byłeś i kim się stałeś
wznosząc domy dla cudzej chwały
co ci zostało z dawnych miraży
zimna samotność w domku małym




zwyczajna prośba

kiedy świadomość
przyprawia o zawrót głowy
przesypana Twoją wolą


powiedz Panie
dlaczego w ostatecznym rachunku
ubierasz w sądy moje myśli
kazałeś kochać każdego
posadziłeś obok siebie faryzeuszy i apostołów
pozwoliłeś zanurzyć się
w zapach matczynej dłoni
za późno odkryłam
dlaczego
krzyżem naznaczyłeś pająka
od kiedy mnie dotknął
umieram ze strachu
kiedyś świadomość
przyprawię o zawrót głowy
a może Twoją wolą


tylko naucz mnie kochać

wilcze echa , w piaskownicy



nie chcę być rzepem ani pokrzywą
tym bardziej wilczą jagodą


w Twoje ręce oddam smutek
przyjmiesz jak dobrą monetę
wierzę Ty jeden potrafisz
pokrzywę pogodzisz z rzepem

na nowo pragnę odzyskać
w oczach diabliki wygasłe
radość światu przekazać
jak garść monet z pomysłem

na kupno pamiątki z wczasów
kompletu praktycznych kluczy
co raj na ziemi otworzą
by strach się po niej nie włóczył

ze strachem odejdą w nieznane
smutki i troski obrzydłe
pragnę w ich miejsce radości
prawdziwej jak chleb z powidłem

gdy zło nie znajdzie pożywki
maki zakwitną w ogrodach
zatrzymam je w ciepłych dłoniach
szepnę-
ważna jest miłość i zgoda

tyle cudów dookoła
głupotą ich nie zniweczę
Ty
wnosisz wiarę w człowieka
ucząc mnie pisać wiersze



myśl
odbija się od kamiennych ścian infernalnego miasta
pęka w postrzępionych ojbokach ciężkiego nieba
struży się na pomarszczonych twarzach dajchówek
leci na łeb na szyję owiniętą wypłowiałym puchem

oto ta
którą kochał za młodu pachnie
teraz i wygląda jak jej własna matka
z powagą
pchając kolejny wózek

on ciągle bawi się babkami
studiuje anatomię w piaskownicy
rozbiera wzrokiem zdrowe figury
między wersami czyta przykazania

jeszcze nie myśli kto mu będzie otwierał
album przeszłości

kogucik
w zimowym balejażu

zimowa opowieść





spacer


Późne popołudnie nie daje cienia,
bo i słońca ani śladu .
Cały świat niebieski. Mój ulubiony kolor
wtapia się w ślady sarnich kopyt
rozgrzebujących twardy śnieg
w poszukiwaniu.

Nie wiedziałam, że podchodzą tak blisko,
że wchodzą do ogródka i obgryzają żywotniki.
Nie wiedziałam, czy nie chciałam wiedzieć,
że ściany mają twardy sen i udają niewiniątka.
Domy są nieprzemakalne, ich wnętrza skrywają
tajemnice.

Kiedyś po nie sięgnę wśród uśmiechu luster
rozpromienią się oczy i zobaczą to,
czego nie chcą widzieć za dnia.

A ty mnie poczęstujesz szczęściem
i pójdziemy na spacer bez dziwienia się
głodnym śladom na śniegu.

Ściany przestaną być głuche i ślepe.

nowoczesna czarownica i inne...





nowoczesna w locie
tanią miotłą wymiata
pajęczyny sproszkowane
na rany

krzyż na drogę
siad na odczynienie
i przerwa
sen przyjdzie
w odpowiednim czasie

domek w polewie
któremu nie-na-żarty czas
podgryza fundamenty




zachścianki

szukałam empatii a znalazłam słowa
do żywego dotykają
miejsc niezamieszkałych z braku
wyrafinowanej perwersji - sztuczna porcelana
tylko z wyglądu jest taka sama
tłucze się jak chińska laleczka
nabiera rumieńców pod wpływem ciepła
na dobry początek wystarczy
uścisk dłoni

Panwkratkę zminiaturyzuje moje duchy
niespokojne

przysiądę





sen

noc której nie wystarczy by kochać
chłodną ręką otwiera rozdział
przeczesuje zmarszczki
na włosach zlicza nitki wartościowego srebra
w milczeniu dotyka powiek
tuli się do poduszki

czuję jak cząstkami ucieka życie
duszny wymiar snu zatacza koło
przenika pod skórę

zapisanymi stronicami dnia
kładzie się w głowie
nie potrafimy pozbierać
myśli z kilkuzdaniowej rozmowy
która zawsze kończy się
ciiiiiiii
szą



coś z Kanta



Człowiek jako cel sam w sobie
nie jest bogaty posiadaniem,
lecz tym, bez czego może się obejść
boskie dzieło stworzenia nigdy nie dobiega końca.

dla przeciwwagi z błogim uśmiechem nadziei
licząc barany na wykładzie
usnęłam z prawem moralnym w sobie

pamiętam cię z wykładów
szukałeś azylu dla nieskażonej medytacji
pozytywnie nakręcony gdzieś miałeś
destrukcyjną postawę figur geometrycznych
rysowanych odręcznie
i obcy język nie stanowił granic przenikania
smakował niby twój własny z dodatkiem emocji

nieprawdą jest co mówią inni
iloraz q i piękno idą w parze
po wysłanych suknem schodach
aulach i galeriach

nie żałuję pięknych wspomnień
pustych jak dzwon bez serca
zwodnicza droga we mgle
donikąd

boskie dzieło stworzenia jest bez końca





patyk


trzymam w ręku patyk
obdarłam ze skórki
i się bawię

zaciskam na nim palce
delikatnie zwilżam

jest lśniący i gładki
pragnę poczuć
jak sączy się z niego
lepkie życie


Spojrzał wielkim okiem jakby chciał powiedzieć
"Chodź, pokażę ci dziurę w niebie"




z wieloletnim przebiegiem





Z latami nasiąkam coraz bardziej
twoim imieniem
nazywam każdy poranek
po drugiej stronie łącza
milczysz przy odbiorze
czasami
odpływam słysząc melodie
nadawane na tych samych falach

pytasz o zdrowie a ja nie wiem
co odpowiedzieć

minęło lato i zima ma się ku końcowi
marszczy puder na zmarzniętym policzku
coraz więcej bruzd spowodowanych odtajaniem
tajemnicy
przemijania nikt nie ogarnie
tym bardziej nikt nie zrozumie kobiety
po przejściach tylko piesi z odpowiednim bagażem
czasem bez uprzedzenia wkraczają na zebry
na kolejne zmiłuj się

nie wiem czy doczekam aktu
zawrócenia



Zasłuchani w samotność


w uszach
żadnej muzyki
monotonia z obrazem w tle
nie zmieni świata
życie bez wyrzeczeń

bo chcieć to móc

jak pochylone drzewa
nad rzeką
kamienne twarze
z tysiącem oczu
odbite na dnie
szafiry wschodzącego słońca

uwiecznione powrócą
w cztery kąty własnych myśli

poniedziałek, 20 marca 2017

Lady romantyczka





odczytywała wersy z rozrzuconych gałęzi
układała własny język z zasłyszanych słów
jakby była kimś w rodzaju poetki
kiedy wiatr podrywał i świstał do wtóru

nie słuchała
pędziła za głosem wewnętrznym
za jaskółkami samochodami

teraz słucha jak rośnie trawa korzenie rozmawiają
wiatr smęci nad głową okrytą grubą pierzyną liści

nasza mała psina

Wielkanocne


w szarą godzinę pacierza i dzwonów
Jezus na Górze Oliwnej pot zbiera
czujne serce co śmierci się boi
zwyczajnie po ludzku ze strachu umiera

Judasz podchodzi po cichu skrycie
wita Mistrza całusem zdradzieckim
pójdzie z mamoną przekupną przez życie
z wyrzutem sumienia na suchej gałęzi
straci je - ten uczeń człek niecny

wtorek, 7 lutego 2017

alegoria




nie jestem poetą zimy sama jestem zimą
przetykaną anielskim włosem z moich choinek
nie potrafię chodzić po śniegu nago i boso
gdzie wiatr między palcami nabiera tchu
i lotem wyprzedza orszaki łabędzi

zimę zacznę traktować jako sztukę
z kaprysami białej Damy do oglądania
martwość jej natury to wszystkie pory roku
zamknięte w przeźroczystych pieśniach sopli
wyobcowana nawet w marzeniach o zieleni

hipochondrycznie powraca





strudzony dzień opada z sił
topi w znikającym błękicie chwile
nieskażonej ciszy
kropla wyrzeźbiona życiem
każdą rysą dloni rozbija tęczę
kobieto z dużymi oczami
strach jest za tobą
usiądź i patrz
na księżyc

dochodzenie





kiedy nie mogę dojść do siebie
na pytanie czego ci trzeba
boję się usłyszeć własną odpowiedź

wsiadam do ciemnej windy na wprost napisu
"Zakaz palenia"
i zapalam
deszcz meteorytów

wszystko co piękne dzieje się w nocy
spadają Perseidy
świetlisty zestaw znaków
do zadań zbyt trudnych by mogły przejść
życzeniami przez gardło
nie pytaj czego mi trzeba

otwieram usta i znajduję odpowiedź

- chodźmy zbierać to co tli się jeszcze
założę czerwony kapelusz
a ty choć

na chwilę będziesz poetą