poniedziałek, 28 listopada 2011

SCARBORO


wschód słońca



o zmierzchu


zbiegają się myśli na kontinuum czasu
przedsenne umierają słowa
z oddali
uchodzisz w niepamięć

wspólnych dróg codziennie uczymy się od początku
otwieramy drzwi z drugiej strony
niezrozumiałe puenty kończą rozmowy
a później noc wyrzucana na brzeg błyszczy kolorami miasta w morzu czekania
snują się zapominania dziurawe

nie łatwo powrócić


poniedziałek, 21 listopada 2011

miasto nocą - od strony zamku króla Artura

>
Gorzka czekolada

Z okien podmiejskiego autobusu

z mgieł wyłania się miasto – małe domki, jak dla lalek.
Któż w nich mieszka- myśl jedna za drugą szuka drogi -
sięgam ponad, by zaczerpnąć błękitu.

Wysiadamy.
Zaspane oczy zahaczają o strzępy mijanego krajobrazu.
Zamykam buzię, żeby nie połknąć idących przede mną.
Chociaż nie jestem człekożerna, w tej scenerii
wszystko może się zdarzyć.

Słońce obudzi się w morzu wykrwawi i zastygnie
jak czekolada na jabłuszkach, wieczorne zmęczenie weźmie nas
pod skrzydła szarpane północnym wiatrem.

Na miejscu

Z braku powietrza - ledwie dyszymy. Ciasnota pomieszczenia
skupia nas przy ziemi szukam butów w niebieskim mundurku.
Potem czystego fartucha i wciskana w drzwi automatycznie
wykonuję znane czynności: mycie, maczanie, sypanie, ustawianie.

I nagle słyszę
Kurwa, co za numery odpierdalacie.
Jabłka bez posypki.
Śmiech.
Oo, z jednego nawet springi spadły. I gdyby nie spokojny głos za plecami - nie martwcie się, wszystko da się załatać nie byłby to miły dzień *
W moim sercu wyrasta spustoszenie,
z dłoni można wywróżyć wydziobany krajobraz.

* B. Mazurkiewicz







z roku 2010
zmiana nocna

jabłuszkowe dzieci

( jeden dzień z życia polskiego emigranta)

Pod wczesnymi kopułami zachodu
gromadzą się jak te gołębie do chleba.
Jesienny wieczór ciemnieje w krajobrazach ich dłoni.
Oświetleni nagle blaskiem świateł nadjeżdżającego autobusu
mrużąc oczy wsiadają obcojęzycznie z głośnym śmiechem.

Zegar na gotyckiej wieży przystanku metra ,
wybija kuranty księżycowe.
Płyną tęsknotą wszystkich „Szopenów”
szukających bułek w obcym kraju.

Koniec jazdy.
Stacja docelowa to słodkie odmęty czekoladowej toni.
Godzinami na sztywnych nogach nabijają te swoje nadzieje
na godniejsze życie. Czasami mają dość, ale kusi perspektywa
rozmywa się gorzką słodyczą.
Nie pytaj jak pachnie kartoflana nać.
Obrazy dni zachodzą mgłą maczanego jabłka.
Tylko marzenia nic nie kosztują?

(Marysia chce wyremontować dom, Krycha kupić mieszkanie dla córki,
Basia, zrobić łazienkę, taką z prawdziwego zdarzenia.
Misiu zbiera na własne wesele.
Paulina na opłacenie studiów.Natalka z ciekawości.
Seba, nie ma pracy w Polsce.
Ktoś inny pragnie urządzić rodzinie święta.
Młodzi pragną poczuć trochę luksusu,
kupując ciuchy markowe, na które w Polsce nie byłoby ich stać.




Dla Michała, Asi, to ich żywioł.
Tutaj zamieszkali, tutaj znaleźli pracę.
Założyli rodziny.Czy tęsknią?
Tylko Dorota przyjeżdża co roku, bo lubi?.)
Powiedzmy.
Oto ich kształt.

Wędrowcy pod wczesnymi kopułami wschodu
idą jak koty po ściernisku wlokąc ogony zmęczenia
w sam środek jesiennej mgły.
Obwieszczają: noc minęła.
Ale kształty nie mijają. Zmrużonymi oczami inaczej
jadą po polski chleb w angielskim mieście.
Sen przyjdzie później.


a oto ci co pracę dali...:)))

niedziela, 25 września 2011

Murmycha rozważania podlipne

Adonaj

Człowiek, który przestaje wierzyć , jest wydrążony, ma wypalone serce.
W człowieku, który uważa, że Wiara jest niepotrzebna
umarło to, co najpiękniejsze - uroda życia.

Stal, beton, rumieńce cegły,
w oczodołach okien ciemność pęka
jak lustro rwącego nurtu,
kilka drzew zniekształconych ulic
tłum napręża się i zamyśla w kolorze reklam.

Nie był w stanie zebrać wiatru w zagłębieniach dłoni,
ani zawinąć wody w płaszcz.
I nie ważne, że przeszedł Morze
suchą stopą
Lgnie do siebie z przeczuciem, że wystygnie niczym popielnik
nim dzień obudzi się w spojrzeniach nocy,
w słońcu osuszy koszmary .

Bez słów Adonaj*
wrzuci w ziemię kolejne ziarno.

dom zachodzącego słońca





w starych zegarach

kukułki wiją puste gniazda
z wyszarpanych piór aniołów

zjawiają się nieoczekiwanie

długie szaty
osłaniają rany

między wskazówkami
ustawiają cichą licytację
o pogodne jutro

w starych zegarach
zgrzyta czas

ja nie mogę
zębami

:):)

w ogrodzie przemijań


z opowieści Murmycha

Grządki są za moimi plecami, jak dawniej.
Pomiędzy nimi wykoszony trawnik, dalej
dom i stary modrzew prowadzi do nieba sroki
w najmniej oczekiwanym momencie, strąca.

Po drugiej stronie potężna lipa ogarnia cały ogród.
Suchymi konarami reaguje na poszturchiwania
zadomowionego gołębia.
Czasem pacnie jakąś mrówkę wskazując jej miejsce w społeczności.
Czasem wystraszy motyle biesiadujące na rudbekiach.
Najczęściej jednak pożera słońce w samo południe.

Ogród ma swoje tajemnice. a krzaki pigwowca
to kłują, to zawstydzają leniwe siedmioplamki
funkcjonujące w ramach miejsca i czasu
pod lipą wszystko trzeba zagospodarować.

Nie mam już pięciu lat, ona pewnie wie o tym
stara grusza opleciona wiotką pajęczyną
na której tęsknota zmienia się w krople
jesiennego deszczu,
jest pewnie babcią, a ja wciąż mam chęć
na soczyste klapsy.



KIka zbiera gruszki dla dziadka:)

dla babci też, oczywiście;)))

bo babcia nie lubi os

dywagacje czyli moje donaldowo


lubię jesień
pytasz dlaczego
to proste
bo wtedy nie ma much ani os
bo osy są z innej galaktyki

na ziemi nie należą do żadnej piramidy pokarmowej
nie dają miodu, nie są puchate
komu potrzebni są odwieczni wojownicy
kiedy świat walki zostaje zaspokojony
przez zapowietrzone odgórnie

skrzydlate pajace

:) to wszystko przez te politykie:P

....

mamy takie miejsca gdzie wszystko smakuje inaczej,
gdzie wspomnienie goni wspomnienie
a strzępki czasu nie zawsze układają się w całość/


Kieszenie Murmycha, II


Każde miejsce ma przypisanego jakiegoś człowieka.
A człowiek zawsze ma jakieś miejsce, które za nim tęskni..


siedzi Murmych pod wiekową lipą i liczy
na siebie całkowicie
zdaje sobie sprawę z takiej sytuacji
ławka oblazła ze starej farby
nikt lepiej od niego nie załata
tych dziur w kieszeniach
najlepiej mu wychodzi mieszanie
przez kieszenie łatwiej
bo nikt nie widzi czasem tylko żona
zaśmiewa się zgryźliwie i napuszcza na niego
kukułkę
pokazuje wtedy najdłuższy palec i wrzeszczy
- jestem w domu, jestem w domu
lub trzepie złączonymi dłońmi o chude kolana
mówiąc mam kasę, mam kasę

kukułka co rano podrzuca mu jajo
w piżamie ani złamanego szeląga
tylko wykruszone dwa mocne
palacz z niego od cholery wszystko na pe rzucił
tego jednego za żadne skarby

siedzi Murmych pod pachnącym wiciokrzewem
brzęczą bzyki i on też liczy gruszki na wierzbie
nie może na siebie

wszystko przez te kukułkę
świat jest kulką lipną
jemu orzechem



Z opowiesci Murmycha refleksje przedjesienne

pamiętam jak siadałaś w ciemności i mówiłaś o nas
później zapadała cisza
wydaje mi się że mijamy kolejny zakręt
nad którym pochylone drzewa rzucają cień

leżeliśmy po przeciwnych stronach pokoju
każde na swoim tapczanie
oglądałem te wszystkie przedmioty którymi otaczamy się
w ciągu dnia porcelanowe figurki stosy książek
które kurz tylko czyta zdjęcia dzieci na ścianie
pachnące świeczki
i ostatni zielony kieliszek stojący za szkłem

później śniło mi się że umarłem ciężko
było się rozstać z tymi zdjęciami
szeptały ze ścian
- uciekasz w zgniłe jabłko robaczku
dotykałem nerwowo ust
a krople oliwy lizały suchość języka

zagubiony w pancerzu kruchym ale własnym
nie młodym, nie pięknym w konstrukcji i formie
otwierałem nowy rozdział
bo najtrudniej będzie udźwignąć
siebie samego i jabłko winne kuszenia

przebudzenie było wyzwoleniem
stanąłem okoniem





Słodki sen Murmycha


Murmych przez otwór wiatru wystawia twarz
najlepszych lat swojego życia.
Minęły jak jeden dzień wszystkie seriale
wstrząsnęły jego wrażliwą duszą.

Oto zniewalająca Majka Skowron.
Przez szczelinę jej przyjścia
ujrzał dziewczynę w dżinsach,
bez których świat jego młodości nie miałby sensu,
żegna się z ukochanym
samochodzikiem, wybacza Brunhildzie wszystkie zera
do przerwy.

Nagłe wołanie- panie inżynierze, panie inżynierze-
wybudza go z tańca z kobietą pracującą
macha do niej dłonią:
farewell, miss Iza, farewell.


Z oddali dobiega szczekanie psa a może strzały
W dziesiątkę trafiał zawsze
po piwie.
Cichy szept wabi miłym głosem:
najlepsze kasztany rosną..
już nie rosną, zżarła je zaraza.
Koniec świata- załamuje ręce. Murmych
w ciemności dostrzega rzeźbę.
Stoi jak jakaś rzecz pod gwiazdami.

Cholera, ocknij się chłopie! W szklanej jaskini żyjesz?
Tyle zdołałeś poznać, ile zakwitło bąbelków
w puszce.

Poczuł mocne szarpnięcie
sprzeczności.

Zarżał jak koń i pognał
świat jest jemu zawsze westernem